​UKOŃCZYŁ NAJTRUDNIEJSZY BIEG ŚWIATA

Jeden z naszych pracowników wziął udział w bardzo wymagającym, zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym ultramaratonie, który odbył się we wrześniu. Serdecznie gratulujemy Panu Marcinowi i dziękujemy za sportowe reprezentowanie naszej Spółki. 

Festiwal Ultra-Trail du Mont-Blanc (UTMB) w Chamonix to jeden z najtrudniejszych biegów na świecie. Zawody wokół masywu Mont-Blanc (171km!) ukończył gryfinianin, Marcin Kłopotek, który opowiada o przygotowaniach oraz walce na morderczej trasie, na której spędził ponad 42 godziny.

Start na UTMB był moim wielkim marzeniem. Zrodził się w 2013 r. po tym jak ukończyłem pierwszy poważny ultramaraton. Była to licząca 137 kilometrów „Próba przejścia dookoła Kotliny Jeleniogórskiej". Pamiętam, że zawodom towarzyszyła fatalna pogoda. Padało przez dwanaście godzin, przez co na metę wbiegło około 100 osób z grona 500 startujących! Znalazłem się w grupie szczęśliwców, którzy ukończyli zawody. Byłem szczęśliwy, chociaż fizycznie zajechany. Miałem liczne odciski, opuchnięcia nóg, ale czułem się bardzo wzmocniony psychicznie! Odczuwałem również wielką radość. Chciałem więcej i wtedy
narodziła się myśl o legendarnym UTMB. Szczerze, sześć lat temu niewiele wiedziałem na temat francusko-włosko-szwajcarskiego biegu. Słyszałem tylko, że jest to marzenie każdego ultrasa. I tak stało się też moim.

Sprzyjał mu los
UTMB cały czas pozostawał gdzieś z tyłu głowy. Do tego biegu nie można przystąpić jednak z marszu. Inna sprawa, że nie każdy może otrzymać możliwość uczestnictwa. Aby stanąć na linii startu, trzeba zdobyć kwalifikację. Mowa o wywalczeniu piętnastu punktów w trzech biegach według organizacji ITRA (International Trail Running Association). 
Mnie, kwalifikację do UTMB, udało się zdobyć w latach 2017-2018. Dały mi ją biegi w Beskidzki Topór (103,740 km, 4677 metrów przewyższenia), Łemkowyna Ultra-Trail (150 km, 5410 metrów przewyższenia) oraz Bieg 7 Dolin (100,63 km, 3995 metrów przewyższenia). Zacząłem zdobywać informacje na temat startu. Okazało się, że oprócz punktów za biegi potrzebne jest jeszcze szczęście. Jest tylu chętnych, że uczestnictwo trzeba wylosować. Żeby wziąć udział w losowaniu trzeba najpierw wpłacić 50 euro (jeżeli nie zostaniesz wylosowany to pieniądze wracają).
Namówiłem swojego przyjaciela i spróbowaliśmy szczęścia. 10 stycznia 2019 roku otrzymaliśmy informacje: wylosowano nas obu! Musieliśmy tylko dopłacić zaległą kwotę (start kosztuje 360 euro), zdobyć zaświadczenie od lekarza, zezwalające na udział w biegach ultra, ubezpieczenie i zestaw rzeczy, które trzeba mieć w plecaku przez cały bieg. Nie można odpuścić niczego z listy, organizatorzy są pod tym względem bardzo rygorystyczni. Wszystko jest weryfikowane przed startem a później na trasie. 
Byłem szczęśliwy, ale i pełen obaw. Szybko doszło do mnie, że zostało tylko dziewięć miesięcy, by się przygotować. Trenowałem najczęściej trzy razy w tygodniu, choć zdarzało się częściej. Nie odpuściłem ani jednych zajęć, bez względu na upał, deszcz, śnieg. Wszystkie starty traktowałem jako formę treningu: testowanie picia, jedzenia, sprzętu. Udało mi się też pojechać w Karkonosze a ostatnie dwa miesiące trenowałem w Puszczy Bukowej. Wprowadziłem też siłownię dwa razy w tygodniu. W ten sposób płynęły dni, tygodnie i miesiące. Aż przyszedł 25 sierpnia, gdy z całą rodziną ruszyliśmy w drogę do Chamonix. Całe 1300 kilometrów od domu. 

Ścisk w dołku, łzy z oczu
Chamonix liczy dziewięć tysięcy mieszkańców, ale w czasie imprezy, która trwa cały tydzień, w miasteczku przebywa dziesięć tysięcy biegaczy z całego świata plus osoby towarzyszące. Samą imprezę obsługiwało dwa tysiące osób. Po przyjeździe odebrałem pakiet startowy, co nie było łatwe, bo kolejka była potężna. Trzeba okazać dokumenty, obowiązkowy sprzęt i zamocować czipa na plecak (musisz biec z jednym od początku do końca, podobnie z kijami, jeżeli je miałeś na starcie to musisz je mieć aż do końca). Do startu pozostawały dwa dni. Nie dość, że stres narastał, to złapała mnie kontuzja pleców (sztywność u dołu). Nie wiedziałem co robić. Odpuścić teraz, gdy jestem już o krok? Postanowiłem wziąć środek przeciwbólowy i spróbować.
30 sierpnia, o godzinie 17.30 stałem na starcie wymarzonego biegu, obok swojej rodziny, przyjaciela i biegaczy z ponad stu krajów, w tym całej czołówki ultra biegów w Polsce. Atmosfera niesamowita, wzruszająca. Udzieliła mi się bardzo. Gdy o 18.00 nastąpił start, ścisnęło mnie w dołku, łzy leciały z oczu, że to już teraz! Zostało tylko pokonać 171 kilometrów po Alpach, gdzie suma przewyższeń to ponad 10 000 m.
Trasa przebiega przez Francje, Włochy, Szwajcarię i Francję. Biegłem bardzo zachowawczo, ale i tak dopadł mnie kryzys, na 126 kilometrze. Wcześniej przeżyłem gradobicie, ulewę, burzę w górach. Dostałem solidnie w kość i na przekonałem się dlaczego organizator tak restrykcyjnie podchodzi do wyposażenia obowiązkowego. Ubrałem na siebie wszystko, co miałem łącznie z rękawicami a i tak było mi zimno. Dopadła mnie delirka (wyziębienie organizmu). Byłem tak wycieńczony, położyłem się spać na korzeniu. Spałem całe… dziesięć minut. Udało się jednak przetrwać kryzys i na ostatnich 27 km stało się coś niesamowitego. Nastąpiło odblokowanie w głowie. Ostatnie dwie góry, który miały miażdżyć były jak bułka z masłem. Po prostu łykałem wszystkich na trasie. Wyprzedziłem ponad 200 osób, czułem że potrafię latać, że nie dotykam ziemi, tak jakby bieg dopiero się zaczął. Niesamowite uczucie! Wyprzedzałem z góry, pod górę, na prostych nogach. Prostych, bo po tylu kilometrach i wzniesieniach, nogi nie chciały mi się zginać, gdy kucałem. Na koniec stoczyłem piękną walkę z zawodnikiem, który mnie dogonił na cztery kilometry od mety. Wyprzedził mnie, ale ja nie odpuściłem cały czas siedziałem mu na plecach i tak przez 3000 metrów, gdzie czasami tempo było po pięć minut na kilometr. Tysiąc metrów przed metą na trasę wbiegła moja córka, która mnie jeszcze bardziej zmobilizowała, więc ostatni tysiąc biegłem jak na 100 metrów. Na ostatnich metrach dołączyła do mnie też druga córka a na mecie czekała moja żonka. Marzenie stało się rzeczywistością. Pojawiły się łzy, zakończyła się niemal dwudobowa walka. 

Piwo 4 km przed metą
Zawody wygrał Hiszpan, Pau Capell, który osiągnął fantastyczny czas: 20 godzin i 19 minut. Mnie przebiegniecie całego dystansu zajęło 42 godziny i 36 minut, co pozwoliło zająć 960 miejsce na 2600 zawodników. Około tysiąc osób biegu nie ukończyło, w tym zawodnicy Elity, np. Marcin Świerc, najlepszy polski ultra. Wycofał się na 50 kilometrze. Na trasie nie brakowało jednak uśmiechu i zabawnych sytuacji. Na cztery kilometry przed metą wypiłem gościowi w ogródku piwnym całego browara, za co dostałem gromkie brawa. To była dla mnie szkoła życia. Ludzie nie wytrzymywali, wycofywali się, mdleli. Na moich oczach, już na mecie, czekając w kolejce po zupę padł mężczyzna i trzeba było go cucić. Mnie na szczęście zdrowie dopisało. Co prawda, podczas biegu, przeszkadzały mi trochę plecy, ale obyło się bez żadnych strat: odcisków, otarć, czy bólu.
Nawet gdyby jednak były, nic by się nie stało. Bieg wszystko rekompensował. Atmosfera była niesamowita, widoki przepiękne, do tego zapachy, kolory, krowy na wysokości 2500 npm. Na każdym kroku fotoreporterzy, helikopter, relacje live. I wszędzie ludzie, tysiące kibiców na trasie, dopingujących nas w boju. Dzięki nim każdy czuł się jak bohater.
Bieg śnił mi się cały miesiąc przed startem i śni mi się nadal, kilkanaście dni po zakończeniu. 

Chcę tam wrócić
Jakie mam plany na przyszłość? Ukończyć Koronę Maratonów Polskich, pobiec w biegu Granią Tatr i skompletować koronę ultramaratonów polskich. Poza tym chciałbym jeszcze kiedyś wrócić do Chamonix i znów wziąć udział w UTMB. Oczywiście razem z moją rodziną, której dziękuję za wsparcie, od początku do końca. Bez was nie udałoby się tego zrealizować. Dziękuję także gronu przyjaciół. Wnioski są takie, że warto marzyć i stawiać sobie cele. Ważna jest jednak przy tym konsekwencja i ciężka praca. 

Notował: Grzegorz Racinowski


Film z ultramaratonu można zobaczyć tutaj